top of page

🌲 ODCINEK I — „Gdzie zaczyna się magia?”

 

W samym środku sosnowych lasów, tam gdzie ścieżki pachną igliwiem, a świt wschodzi cichutko — jakby nie chciał obudzić drzew — leży miejsce, o którym niewiele osób jeszcze wie.

 

Polana Vantur.

 

To tutaj od lat dzieją się rzeczy niezwykłe.

To tutaj las szepcze głośniej niż gdziekolwiek indziej.

To tutaj każdy, kto przyjdzie z dobrym sercem, może spotkać kogoś wyjątkowego.

 

A wyjątkowych mieszkańców polany nie brakuje.

 

Najważniejszy z nich to Zenek.

Nie jest duży. Nie jest też szybki.

Ale ma coś, czego nie ma nikt inny — umiejętność zauważania tego, czego inni nie widzą.

 

Zenek jest sarniątkiem.

I nie byle jakim sarniątkiem — jest Strażnikiem Ciszy.

To on pierwszy wie, kiedy las chce coś powiedzieć.

 

Tego poranka Zenek stał pod wielką sosną, patrząc, jak po niebie suną pierwsze promienie słońca.

Wszystko było takie, jak zawsze:

 

– śnieg skrzypiał,

– ptaki przeciągały skrzydełka,

– wiatr pachniał świeżością.

 

A jednak…

 

Dziś było inaczej.

 

Zenek poczuł coś, czego nie czuł od bardzo dawna.

Coś, co pojawia się tylko wtedy, gdy do lasu zbliża się ktoś wyjątkowy.

 

Ktoś, kto jeszcze nie zna jego tajemnic.

Ktoś, kto może tę zimę zmienić na zawsze.

 

Zenek uniósł głowę, nadstawił uszu i wyszeptał:

 

– Chyba… ktoś nadchodzi.

 

I miał rację.

 

Bo właśnie wtedy, na skraju polany, pojawiła się mała stópka.

A za nią druga.

A potem ciepłe, dziecięce spojrzenie, które potrafiło rozświetlić nawet najbardziej senne poranki.

 

Tak zaczęła się przygoda…

 

Ciąg dalszy nastąpi.

✨ Odcinek II – „Tajemnicze ślady na śniegu”

 

(kontynuacja w stylu pierwszego odcinka)

 

Świt dopiero przecierał oczy, a Zenek – strażnik Polany Vantur – stał na swoim miejscu i czuwał.

Śnieg pod kopytkami skrzypiał tak cichutko, jakby bał się obudzić cały las.

 

Noc musiała być długa, bo na świeżej bieli pojawiło się coś, czego Zenek nie widział od… bardzo dawna.

 

Ślady.

 

Malutkie.

Lekkie.

Jakby zostawione przez kogoś, kto chodził na palcach.

 

Zenek pochylił głowę, wąchając powietrze.

 

– Hm… Na pewno nie lis.

– Na pewno nie zając.

– I nie dzieci. Dzieci zostawiają radosne ślady, a te są… ostrożne.

 

Sarniątko przełknęło cicho.

Wiedział, że zima potrafi przynieść niespodzianki, ale ta była wyjątkowa.

 

Nagle z daleka usłyszał delikatny dźwięk.

Jakby ktoś potrząsał kubkiem pełnym drobnych kamyczków.

Albo… suszonych poziomek.

 

– Tylko jedna osoba robi taki dźwięk… – mruknął Zenek z uśmiechem.

 

I rzeczywiście.

 

Między drzewami pojawiła się mała postać w wełnianej czapce, która wyglądała, jakby była uszyta ze śniegu i światła.

 

Dziewczynka o ciepłych oczach i policzkach różowych od mrozu.

 

Gdy tylko zobaczyła Zenka, zatrzymała się i pomachała mu ręką.

 

– Dzień dobry, Zenku! – powiedziała.

– Dzień dobry, Tosiu – odpowiedział strażnik, bo oczywiście wiedział, kim jest ta mała istotka, choć dzieci jeszcze nie mogły jej poznać.

 

Tosia podeszła powoli, zostawiając swoje drobne ślady tuż obok tych tajemniczych.

 

– Czyje to? – spytała półszeptem.

– Właśnie próbuję się dowiedzieć – odparł Zenek. – Wygląda, jakby ktoś szukał drogi do polany…

 

Tosia kucnęła obok śladu i dotknęła go czubkami palców.

 

– Jest świeży – powiedziała zupełnie poważnie. – I… trochę nieśmiały.

 

Zenek uśmiechnął się.

Tosia zawsze potrafiła dostrzec więcej niż inni.

 

– Myślisz, że ktoś potrzebuje pomocy? – zapytała.

 

– Las rzadko woła na próżno – odparł sarniątko. – Gdy pojawiają się nowe ślady, zwykle oznacza to, że ktoś szuka swojego miejsca.

 

Tosia zamyśliła się na chwilę.

A potem jej oczy błysnęły znajomym blaskiem ciekawości.

 

– To znaczy, że… zaczyna się kolejna przygoda?

 

Zenek skinął głową.

 

Wielka cisza otuliła polanę, jakby chciała coś powiedzieć.

Śnieg delikatnie zatrzeszczał, a wiatr zaszeptał między gałęziami:

 

„Sprawdźcie, dokąd prowadzą te ślady…”

 

Tosia podniosła się, otrzepała płaszczyk ze śniegu i ruszyła przed siebie.

 

A Zenek, strażnik lasu, zrobił coś, czego nie robił od dawna.

 

Uśmiechnął się szeroko.

 

Bo wiedział, że gdy Tosia idzie przodem…

dzieją się rzeczy, które pamięta się przez całe życie.

 

Ciag dalszy nastąpi…

Odcinek III – „Kto biega po gałęziach?”

 

Tosia i Zenek ruszyli ostrożnie w stronę śladów.

Śnieg pod stopami skrzypiał jak najcichszy szept lasu, a świat wokół był tak spokojny, jakby zatrzymał oddech, czekając na to, co za chwilę się wydarzy.

 

Ślady prowadziły między sosny.

Potem wokół jednego drzewa.

Potem pod drugie.

A potem… nagle znikały.

 

– Jak to? – zdziwiła się Tosia, obracając się wkoło. – Przecież były tu!

 

Zenek uniósł głowę.

On już coś podejrzewał.

 

Cisza trwała kilka sekund.

 

I nagle…

 

TRACH!

 

Coś małego, rudego i bardzo szybkiego spadło z gałęzi prosto na śnieg między Tosią a Zenkiem.

Śnieg wybuchł wokół małą, białą chmurką.

 

– Hops! – zapiszczał energiczny głosik.

 

Tosia aż podskoczyła.

 

A przed nimi, na sterczącej kępce trawy, siedziała ona:

 

🐿️ WIEWIÓRKA ŁUPINKA

 

mała, puchata kulka z ogonem jak wachlarz, oczami jak dwa światełka i energią większą niż cały grudzień.

 

– Łupinka! – westchnął Zenek, udając powagę. – Mogłaś nas ostrzec, zanim spadłaś z nieba.

 

– Nie spadłam! – oburzyła się wiewiórka. – Zrobiłam wejście! Każdy bohater musi mieć wejście!

 

Tosia wybuchnęła śmiechem.

 

– To twoje ślady? – zapytała po chwili.

 

Łupinka wyprostowała się dumnie, jakby chciała powiedzieć: no a czyje!?

 

– Oczywiście! – pisnęła. – Ale ja niczego nie zgubiłam. Ja tylko… śledziłam.

 

Zenek zmrużył oczy.

 

– Kogo?

 

Wiewiórka obróciła się trzy razy w kółko, potem spojrzała na nich wielkimi oczami i szepnęła tak cicho, że nawet śnieg musiał się pochylić, żeby usłyszeć:

 

– Kogoś nowego.

Kogoś, kto wcale nie chciał, żeby go znaleziono.

 

Tosia przełknęła odrobinę strachu i zapytała:

 

– To dobrze… czy źle?

 

Łupinka podrapała się po puchatym policzku.

 

– Jeszcze nie wiem – przyznała. – Ale wiem jedno.

Ten ktoś… jest bardzo szybki.

I bardzo sprytny.

I nie zostawia śladów długo.

 

– Dlaczego? – zapytała Tosia.

 

Wiewiórka nachyliła się bliżej, jakby bała się, że drzewa ją podsłuchują.

 

– Bo on chodzi po gałęziach, a nie po ziemi.

 

Zenek i Tosia spojrzeli w górę…

na ciemne, wysokie gałęzie, gdzie właśnie coś zaszumiało.

 

Ktoś tam był.

Ktoś, kogo na razie nie widzieli.

Ktoś, kto patrzył na nich z góry.

 

Wiewiórka tupnęła w śnieg.

 

– Jeśli chcecie go poznać… musicie być szybcy.

A najlepiej… sprytni jak ja!

 

Tosia uśmiechnęła się szeroko.

 

– To znaczy, że… mamy trop?

 

– Trop? – Łupinka roześmiała się jak srebrny dzwoneczek.

– Kochani!

 

Mamy całą przygodę!

 

A gdzieś nad ich głowami…

cichy cień przeskoczył z jednej gałęzi na drugą.

 

Ciąg dalszy nastąpi…

Ośrodek Vantur

Księże Młyny 14a

99-235 Pęczniew

tel: 600-899-685/692-205-755

klubvantur@gmail.com

Regulamin

Polityka rezerwcji

Cennik

Jak do nas trafić

© 2025 Ośrodek Vantur wszystkie prawa zastrzeżone
bottom of page