top of page

Bajka o Leśnym Świecie Vantur

🌲 ODCINEK BAJKI – „Kim jest Tosia”

 

 

W lesie Vanturu od dawna mówi się o Tosi.

Nie dlatego, że jest głośna.

Właśnie dlatego, że nie musi taka być.

 

Tosia nie jest wróżką od czarów.

Nie macha różdżką i nie obiecuje cudów.

Jest tą, która potrafi usiąść obok dziecka i nic nie mówić,

dopóki ono samo nie zacznie opowiadać.

 

Nie ma znaczenia, jaki ma kolor włosów ani oczu.

Las nie pyta o wygląd.

Las rozpoznaje uważność.

 

Tosia zna ścieżki, które prowadzą donikąd,

i te, które zawsze kończą się śmiechem.

Wie, kiedy zaproponować zabawę,

a kiedy wystarczy wspólny spacer albo patyk znaleziony pod sosną.

 

Dzieci czują, że przy Tosi mogą być sobą.

Rodzice czują, że ktoś czuwa, nie kontroluje.

 

Bo Tosia nie pilnuje dzieci.

Tosia jest z nimi.

 

A kiedy wieczorem las cichnie,

zostają po niej tylko ślady na piasku,

kilka uśmiechów

i myśl, że to był bardzo dobry dzień 🌲💚

** Odcinek I

 

Sarniątko, które pilnowało zimy”**

 

W samym sercu sosnowego lasu, tam gdzie śnieg spada najciszej, a wiatr śpiewa własne kołysanki, stało sobie pewnego ranka sarniątko o imieniu Zenek.

 

Zenek nie był zwykłym mieszkańcem lasu.

Był strażnikiem Polany Vantur – pierwszym, który budził się, gdy noc jeszcze trzymała świat za rękę. Jego zadaniem było pilnować, aby zima przyszła tam, gdzie powinna, i żeby ani jeden płatek śniegu nie spadł niepotrzebnie na cudze nosy.

 

Tego poranka Zenek otworzył oczy szerzej niż zwykle.

Las wyglądał inaczej… bardziej zaczarowanie. Białe czapy śniegu ułożyły się na gałęziach jak miękkie poduszki, a cisza miała w sobie coś, czego Zenek nie potrafił nazwać.

 

– Chyba coś się zaczyna… – pomyślał, poprawiając czapkę ze śniegu, która przykleiła mu się do głowy jak zbyt duży kapelusz.

 

Wtedy właśnie usłyszał pierwsze kroki.

Cichutkie. Ostrożne. Jakby ktoś próbował przejść niezauważony.

 

To były dzieci.

A Zenek wiedział, że kiedy w Vantur pojawiają się dzieci – świat natychmiast robi się piękniejszy.

 

Sarniątko przysunęło się odrobinę bliżej, stając tak, aby najmłodsi mogli je zobaczyć.

Nie ruszał się, bo takie było jego zadanie – być pierwszą przyjazną twarzą Vantur, strażnikiem, który wita każdego, kto tylko wejdzie na ścieżkę.

 

Dzieci zatrzymały się tuż obok niego.

 

– Mamo, patrz! Sarniątko! – zawołała mała dziewczynka.

 

Zenek poczuł w sercu ciepło, które nawet najsilniejsza zima nie potrafiła zamrozić.

 

Bo właśnie wtedy, w tej chwili, rozpoczęła się ich wielka przygoda.

A Zenek, strażnik polany, wiedział, że wkrótce przybędą też inni mieszkańcy zaczarowanego lasu…

Ci, którzy długo czekali na swoje historie.

 

Ale o tym – w kolejnym odcinku.

Bo każda magia musi mieć swój czas. 

 

c

🌲✨ 

Odcinek II – „Tajemnicze ślady na śniegu...

 

Świt dopiero przecierał oczy, a Zenek – strażnik Polany Vantur – stał na swoim miejscu i czuwał.

Śnieg pod kopytkami skrzypiał tak cichutko, jakby bał się obudzić cały las.

 

Noc musiała być długa, bo na świeżej bieli pojawiło się coś, czego Zenek nie widział od… bardzo dawna.

 

Ślady.

 

Malutkie.

Lekkie.

Jakby zostawione przez kogoś, kto chodził na palcach.

 

Zenek pochylił głowę, wąchając powietrze.

 

– Hm… Na pewno nie lis.

– Na pewno nie zając.

– I nie dzieci. Dzieci zostawiają radosne ślady, a te są… ostrożne.

 

Sarniątko przełknęło cicho.

Wiedział, że zima potrafi przynieść niespodzianki, ale ta była wyjątkowa.

 

Nagle z daleka usłyszał delikatny dźwięk.

Jakby ktoś potrząsał kubkiem pełnym drobnych kamyczków.

Albo… suszonych poziomek.

 

– Tylko jedna osoba robi taki dźwięk… – mruknął Zenek z uśmiechem.

 

I rzeczywiście.

 

Między drzewami pojawiła się mała postać w wełnianej czapce, która wyglądała, jakby była uszyta ze śniegu i światła.

 

Dziewczynka o ciepłych oczach i policzkach różowych od mrozu.

 

Gdy tylko zobaczyła Zenka, zatrzymała się i pomachała mu ręką.

 

– Dzień dobry, Zenku! – powiedziała.

– Dzień dobry, Tosiu – odpowiedział strażnik, bo oczywiście wiedział, kim jest ta mała istotka, choć dzieci jeszcze nie mogły jej poznać.

 

Tosia podeszła powoli, zostawiając swoje drobne ślady tuż obok tych tajemniczych.

 

– Czyje to? – spytała półszeptem.

– Właśnie próbuję się dowiedzieć – odparł Zenek. – Wygląda, jakby ktoś szukał drogi do polany…

 

Tosia kucnęła obok śladu i dotknęła go czubkami palców.

 

– Jest świeży – powiedziała zupełnie poważnie. – I… trochę nieśmiały.

 

Zenek uśmiechnął się.

Tosia zawsze potrafiła dostrzec więcej niż inni.

 

– Myślisz, że ktoś potrzebuje pomocy? – zapytała.

 

– Las rzadko woła na próżno – odparł sarniątko. – Gdy pojawiają się nowe ślady, zwykle oznacza to, że ktoś szuka swojego miejsca.

 

Tosia zamyśliła się na chwilę.

A potem jej oczy błysnęły znajomym blaskiem ciekawości.

 

– To znaczy, że… zaczyna się kolejna przygoda?

 

Zenek skinął głową.

 

Wielka cisza otuliła polanę, jakby chciała coś powiedzieć.

Śnieg delikatnie zatrzeszczał, a wiatr zaszeptał między gałęziami:

 

„Sprawdźcie, dokąd prowadzą te ślady…”

 

Tosia podniosła się, otrzepała płaszczyk ze śniegu i ruszyła przed siebie.

 

A Zenek, strażnik ośrodka, zrobił coś, czego nie robił od dawna.

 

Uśmiechnął się szeroko.

 

Bo wiedział, że gdy Tosia idzie przodem…

dzieją się rzeczy, które pamięta się przez całe życie.

 

Ciag dalszy nastąpi…

🌲✨ 

2444.jpeg

✨ Odcinek III – „Kto biega po gałęziach?”

 

(ciąg dalszy — w tym samym stylu, rytmie i nastroju)

 

Tosia i Zenek ruszyli ostrożnie w stronę śladów.

Śnieg pod stopami skrzypiał jak najcichszy szept lasu, a świat wokół był tak spokojny, jakby zatrzymał oddech, czekając na to, co za chwilę się wydarzy.

 

Ślady prowadziły między sosny.

Potem wokół jednego drzewa.

Potem pod drugie.

A potem… nagle znikały.

 

– Jak to? – zdziwiła się Tosia, obracając się wkoło. – Przecież były tu!

 

Zenek uniósł głowę.

On już coś podejrzewał.

 

Cisza trwała kilka sekund.

 

I nagle…

 

TRACH!

 

Coś małego, rudego i bardzo szybkiego spadło z gałęzi prosto na śnieg między Tosią a Zenkiem.

Śnieg wybuchł wokół małą, białą chmurką.

 

– Hops! – zapiszczał energiczny głosik.

 

Tosia aż podskoczyła.

 

A przed nimi, na sterczącej kępce trawy, siedziała ona:

 

🐿️ WIEWIÓRKA ŁUPINKA

 

mała, puchata kulka z ogonem jak wachlarz, oczami jak dwa światełka i energią większą niż cały grudzień.

 

– Łupinka! – westchnął Zenek, udając powagę. – Mogłaś nas ostrzec, zanim spadłaś z nieba.

 

– Nie spadłam! – oburzyła się wiewiórka. – Zrobiłam wejście! Każdy bohater musi mieć wejście!

 

Tosia wybuchnęła śmiechem.

 

– To twoje ślady? – zapytała po chwili.

 

Łupinka wyprostowała się dumnie, jakby chciała powiedzieć: no a czyje!?

 

– Oczywiście! – pisnęła. – Ale ja niczego nie zgubiłam. Ja tylko… śledziłam.

 

Zenek zmrużył oczy.

 

– Kogo?

 

Wiewiórka obróciła się trzy razy w kółko, potem spojrzała na nich wielkimi oczami i szepnęła tak cicho, że nawet śnieg musiał się pochylić, żeby usłyszeć:

 

– Kogoś nowego.

Kogoś, kto wcale nie chciał, żeby go znaleziono.

 

Tosia przełknęła odrobinę strachu i zapytała:

 

– To dobrze… czy źle?

 

Łupinka podrapała się po puchatym policzku.

 

– Jeszcze nie wiem – przyznała. – Ale wiem jedno.

Ten ktoś… jest bardzo szybki.

I bardzo sprytny.

I nie zostawia śladów długo.

 

– Dlaczego? – zapytała Tosia.

 

Wiewiórka nachyliła się bliżej, jakby bała się, że drzewa ją podsłuchują.

 

– Bo on chodzi po gałęziach, a nie po ziemi.

 

Zenek i Tosia spojrzeli w górę…

na ciemne, wysokie gałęzie, gdzie właśnie coś zaszumiało.

 

Ktoś tam był.

Ktoś, kogo na razie nie widzieli.

Ktoś, kto patrzył na nich z góry.

 

Wiewiórka tupnęła w śnieg.

 

– Jeśli chcecie go poznać… musicie być szybcy.

A najlepiej… sprytni jak ja!

 

Tosia uśmiechnęła się szeroko.

 

– To znaczy, że… mamy trop?

 

– Trop? – Łupinka roześmiała się jak srebrny dzwoneczek.

– Kochani!

 

Mamy całą przygodę!

 

A gdzieś nad ich głowami…

cichy cień przeskoczył z jednej gałęzi na drugą.

 

Ciąg dalszy nastąpi…

x

✨ Odcinek IV – „Kto patrzy z cienia?”

 

Tosia, Zenek i Łupinka szli ostrożnie dalej, śladami niewidzialnego mieszkańca drzew.Gałęzie szumiały cicho, jakby las próbował coś powiedzieć, ale jeszcze nie chciał zdradzić sekretu.– On tu gdzieś jest… – szepnęła Łupinka, przeskakując z prawej na lewą stronę ścieżki.Tosia spojrzała w górę.Drzewa były wysokie i ciemne, a między gałęziami przewijały się tylko strzępki światła.– Ale nic nie widzę – powiedziała.Zenek uniósł głowę.– Bo nie wszystko w lesie można zobaczyć oczami.Wtedy właśnie…z leśnej gęstwiny dobiegł dźwięk.Nie szelest.Nie stuk.Nie trzask.To był mruuuuk.Delikatny, cichy, jak przeciągnięcie aksamitnej łapki po śniegu.Łupinka zamarła.Tosia też.A Zenek powiedział spokojnie:– No tak. Już wiem, kto to jest.Z cienia wystąpiła postać tak miękka i cicha, jak sama noc.Koci krok, miękki ogon, futerko w kolorze śniegu, a oczy…Oczy były jak dwa zielone szmaragdy, które świeciły same z siebie.

 

🐈‍⬛ ZIELONE OCZKOKot, którego w Vantur widuje się rzadko.Nie dlatego, że się chowa…tylko dlatego, że to on decyduje, kogo chce widzieć.Zielone Oczko usiadł przed nimi, zawinął ogon wokół łap i powiedział głosem tak miękkim, że śnieg zrobił się cieplejszy:– Szukacie kogoś.A ja wiem, gdzie jest.Tosia otworzyła szeroko oczy.– Naprawdę?Kot skinął powoli głową.– Widzę to, czego nie widzą inni.Widziałem także jego.Tego, który zostawia ślady i skacze po gałęziach.Łupinka aż usiadła z wrażenia.– To kto to jest!? – pisnęła.Zielone Oczko przechylił głowę.W jego oczach odbiły się świerki, śnieg i… coś jeszcze.– To ktoś… kto boi się światła.Ktoś, kto na razie nie chce, żebyście go zobaczyli.Ale jeśli pójdziecie za mną…to może zmieni zdanie.Tosia spojrzała na Zenka.Zenek na Łupinkę.A Łupinka już biegła między drzewa, wołając:– No chodźcie! Przygoda czeka!Zielone Oczko ruszył jako przewodnik, cichy jak cień, pewny jak księżyc.A gdzieś przed nimi…ktoś na gałęziach poruszył się tak cicho, jakby oddychał samym powietrzem.Ciąg dalszy nastąpi…

IMG_1826.jpeg

🪵✨ ODCINEK V – „Ten, który boi się światła”

 

(prowadzi Zielone Oczko)

 

Zielone Oczko szedł przed nimi cicho, jakby poruszał się nie po śniegu, lecz po wspomnieniach.

 

Tosia stawiała kroki ostrożnie.

Zenek trzymał łeb wysoko.

A Łupinka…

Łupinka skakała tak nerwowo, jakby jej ogonek miał własne zdanie na temat tej wyprawy.

 

– Daleko jeszcze? – pisnęła.

 

– Blisko – odpowiedział kot, nie odwracając głowy.

– Ale pamiętajcie… nie można go zobaczyć, dopóki sam nie będzie chciał.

 

– Ale kim jest? – dopytywała Tosia.

 

Zielone Oczko zatrzymał się.

Usiadł.

Zwinął ogon.

Spojrzał w górę, na najciemniejszą część świerkowego gąszczu.

 

– Kiedy byłem mały – zaczął szeptem – widywałem go czasem na skraju polany.

Zawsze wysoko.

Zawsze tam, gdzie kończy się światło.

 

Zenek mrużył oczy.

 

– Czy on… skacze z drzewa na drzewo?

 

– Skacze – odpowiedział kot.

– I to szybciej, niż ktokolwiek z was potrafi spojrzeć.

 

Łupinka wzdrygnęła się.

 

– To chyba ktoś straszny!

 

– Nie straszny – poprawił Zielone Oczko.

– Ostrożny.

Wrażliwy na światło.

Zbyt długo żył w cieniu, żeby od razu zaufać.

 

Tosia zrobiła krok do przodu.

 

– Pomożemy mu… jeśli tylko zechce.

 

Kot spojrzał na nią tak, jakby patrzył prosto w jej myśli.

 

– Właśnie dlatego was tu prowadzę.

 

I wtedy…

 

coś poruszyło się nad ich głowami.

 

Nie wiatr.

Nie śnieg.

 

To był… skok.

 

Szybki.

Cichy.

Z jednego konaru na drugi.

 

Wszyscy zadarli głowy.

 

Między gałęziami mignął kształt.

 

Zbyt szybki, by dostrzec twarz.

Zbyt lekki, by usłyszeć krok.

 

Ale jedna rzecz była pewna:

 

👉 ktoś ich obserwował.

👉 ktoś, kto od dawna chciał być sam…

👉 a jednak pozwolił się odnaleźć.

 

Zielone Oczko uśmiechnął się tajemniczo.

 

– No dobrze.

On was widzi.

Teraz sprawdźmy…

czy zechce, żebyście wy zobaczyli jego.

 

Ciąg dalszy nastąpi… 🌲✨

IMG_2285.jpeg

🪵✨ ODCINEK VI – „Ten, który patrzy z góry”

 

(prowadzi Tosia)

 

Tosia wstrzymała oddech.

Gałęzie nad nimi drżały lekko, jakby ktoś siedział na nich i jeszcze nie zdecydował, czy zaufać.

 

Zielone Oczko uniósł łapę, dając znak, żeby nikt się nie ruszał.

 

Zenek stanął obok Tosi, napięty jak cięciwa.

Łupinka schowała się za jej płaszcz, zostawiając tylko wystający ogonek, który trząsł się jak listek na wietrze.

 

W ciszy, która zapadła, śnieg wydawał się skrzyć głośniej niż kiedykolwiek.

 

– On ciągle tam jest… – wyszeptała Tosia.

 

Kot kiwnął głową.

 

– Obserwuje. Sprawdza. Słucha waszych kroków i oddechów. On wyczuwa, czy przyszliście z dobrem.

 

Nagle…

 

💨 z ciemnej gęstwiny spadło na ziemię coś małego i jasnego.

 

Nie kształt.

Nie cień.

Nie zwierzę.

 

🎇 Świetlista nitka – cieniutka, jakby wypleciona z porannego światła.

 

Opadła tuż przed Tosią.

Delikatnie, jak piórko.

 

Łupinka zapisnęła:

– To… to chyba prezent? Albo ostrzeżenie? Ja tam nie wiem, ja się boję wszystkiego, co świeci samo z siebie!

 

Zenek pochylił się i powąchał nitkę.

 

– Pachnie… lasem. Ciepłem. I czymś jeszcze… jakby… starym strachem.

 

Tosia wyciągnęła palce, ale nie dotknęła jej – tylko pozwoliła, by światło samo do niej przyszło.

 

Nitka poruszyła się.

Zawinęła wokół jej dłoni.

I nagle…

 

🌲 świat zadrżał.

 

Usłyszeli skok.

Tym razem bliższy.

I jeszcze jeden.

 

A potem – głos.

Cichy. Niewyraźny. Z góry.

 

– Nie podchodźcie… zbyt blisko.

 

Tosia podniosła wzrok.

 

Na gałęzi, wysoko, prawie stapiając się z mrokiem, siedziała postać.

Nie większa od dziecka.

Nie mniejsza od strachu.

 

Miała długi, cienki ogon, który owijał się wokół gałęzi.

Srebrzyste futerko, które świeciło tylko wtedy, gdy światło na nie padało.

I oczy…

Oczy, które wyglądały, jakby widziały każdą samotną noc tego lasu.

 

– Kim jesteś? – zapytała Tosia łagodnie.

 

Postać drgnęła.

 

– Nazywają mnie różnie – wyszeptał.

– Cieniem. Skoczkiem. Tym, który boi się światła.

Ale to nieprawda.

Ja… nie boję się światła.

 

Zeskoczył niżej, ale wciąż trzymał dystans.

 

– Ja boję się… ludzi.

 

Zapadła cisza tak miękka, że aż zabolała.

 

Zielone Oczko przemówił pierwszy:

 

– Dlatego ich tu przyprowadziłem.

Bo oni nie przyszli cię złapać.

Ani oślepić.

Ani przepędzić.

 

Tosia zrobiła krok naprzód.

 

– Przyszliśmy, żebyś nie był już sam.

 

Oczy stworzenia pojaśniały.

Światło wokół nitki drgnęło, jakby odpowiadało na jego emocje.

 

– Samotność była… bezpieczna – wyszeptał.

– Ale… bardzo zimna.

 

Tosia się uśmiechnęła.

 

– W bajce, którą otwieramy… nie musi być zimno.

 

A wtedy stało się coś, czego nikt z nich nie przewidział:

 

🌠 stworzenie zrobiło krok w ich stronę.

Pierwszy.

Od wielu, wielu lat.

 

Zsunęło się z gałęzi.

Miękko wylądowało na śniegu.

I spojrzało prosto w Tosię.

 

– Chcę… spróbować – powiedziało.

– Chcę zobaczyć wasze światło z bliska.

 

Łupinka padła na plecy z wrażenia.

Zenek parsknął, udając, że wcale nie jest wzruszony.

Zielone Oczko mrugnął powoli, jak kot, który właśnie spełnił swoją misję.

 

A Tosia?

 

Tosia pochyliła się i wyszeptała:

 

– To zaczniemy od małego kroku.

Jak w każdej dobrej bajce.

 

✨ Ciąg dalszy nastąpi… 

IMG_0805.jpeg

✨ Dokończenie odcinka VI

 

Stworzenie stało już tak blisko, że Tosia mogła dostrzec każdy szczegół:

 

Srebrne futerko, które nie świeciło samo z siebie.

Tylko odbijało światło tak, jakby próbowało je zapamiętać.

 

Delikatnie, powoli, jakby bało się własnego ruchu, uniosło łapkę i dotknęło nitki światła, która oplatała dłoń Tosi.

 

Nic się nie stało.

Nie zapłonęło.

Nie zniknęło.

Nie uciekło.

 

Tylko drgnęło – jak serce po długiej zimie.

 

– Opowiem wam… – wyszeptało.

– Dlaczego mówią, że boję się światła.

 

Tosia usiadła na śniegu, żeby być bliżej jego poziomu.

Łupinka usiadła obok niej (ale dla pewności schowała ogonek).

Zenek stanął za nimi, jak żywy mur.

 

Zielone Oczko tylko mrugnął.

 

– Kiedyś – zaczęło stworzenie – światło mnie zraniło.

 

– Jak? – spytała Tosia.

 

– Ludzie. Nie rozumieli. Chcieli złapać wszystko, co świeci. Każdą iskierkę. Każdy blask. Bali się tego, co jest inne. A ja byłem… inny.

 

Spojrzał w górę, w koronę drzew.

 

– Światło nie jest winne – dodał cicho.

– To nie światła się bałem.

Tylko dłoni, które niosły światło po to, by brać. A nie po to, by dawać.

 

Śnieg zaszeleścił, jakby chciał go otulić.

 

Tosia skinęła głową.

 

– Teraz już rozumiem.

Nikt nie może świecić, jeśli musi ciągle uciekać.

 

Stworzenie rozłożyło cienki ogon, jak balansując.

 

– Wy… inaczej pachniecie – powiedziało.

– Ciepło. Bez pośpiechu.

Może spróbuję błyszczeć… przy was?

 

Zielone Oczko odpowiedział za wszystkich:

 

– Światło, które nie jest brane, tylko dzielone… nie rani.

 

W ciszy, która zapadła, wydarzyło się coś najcichszego i najpiękniejszego:

 

🕯️ na futerku stworzenia zapaliły się maleńkie iskierki.

Nie jasne.

Nie oślepiające.

Tylko niewielkie, ciepłe światełka.

 

Tyle, ile odwagi miało.

 

Wystarczyło.

 

Tosia uśmiechnęła się.

 

– Już wiem – powiedziała.

– Kto się boi światła.

 

Stworzenie spojrzało prosto w jej oczy.

 

– Ten, kto pamięta, jak światło potrafiło boleć.

 

A potem dodało, już prawie szeptem:

 

– Ale… dziś po raz pierwszy, nie boli.

 

🌠

 

Wtedy pierwszy płatek śniegu spadł na jego łapkę.

Nie stopił się.

Został.

 

Jak mały, biały znak odwagi.

 

💚✨

To był początek czegoś nowego.

 

👉 Ciąg dalszy nastąpi w ODCINKU VII – „Światło, które wraca”

IMG_2356.jpeg

✨ ODCINEK VII – „Tosia i znikające pierniki”

 

Napadało świeżego śniegu.W lesie panowała cisza, taka, która nie jest pusta, tylko pełna oczekiwania.Tosia obudziła się w swoim koszyku, przeciągnęła skrzydełka i……poczuła niepokój.Nie wielki strach.Tylko małe:„coś tu nie gra”.Spojrzała na stół.A tam – pustka.

🚫 Ani jednego piernika.

Ani jednej gwiazdki.

Ani jednego serduszka.

Łupinka stanęła obok niej z szeroko otwartymi oczami.– Aaaaa!!! – zapisnęła.– Znikły! Wszystkie! Po prostu znikły!Zenek wciągnął powietrze nosem.– Ktoś… tu był…Zielone Oczko przeciągnął się, jakby nic go nie ruszało.– Nie ktoś – poprawił.– Wiele ktosiów.Tosia postawiła koszyk na stole.🧚‍♀️ Machnęła skrzydełkami tak mocno, że aż posypały się okruszki.– Przecież pilnowałam! – zawołała.– Całą noc!– Prawie!Łupinka kiwnęła głową:– Widziałam. Pilnowałaś… ale z zamkniętymi oczami.Zenek parsknął.Zielone Oczko wskazał ślady:małe, duże, zmieszane z płatkami śniegu i… gwoździami butów.– Oni przyszli tu – rzekł kot.– Z całej Polski. Z głośnym śmiechem. I jeszcze głośniejszym apetytem.Tosia westchnęła:– Ale po co im aż tyle pierników?Zenek chrząknął:– Bo nie wzięli śniadania.Nigdy nie bierze się śniadania, kiedy w kieszeni czeka pudełko na wynos.Łupinka wyszeptała dramatycznie:– Zabrali. Zjedli. I poszli.A pierniki…pierniki były takie młode…🙈Tosia otarła łzę (albo śnieżynkę, trudno powiedzieć).I wtedy stało się coś dziwnego.Za oknem słychać było rozmowę.Nie cichą.Taką, która idzie przed człowiekiem.– Ty ku… uważaj! – brzmiało echo.– Bo jak cię ta Tosia opisze, to się nie pozbierasz!Tosia uniosła brew.– Opisze?Ja?Kogo?Zenek odchrząknął.– W lesie krąży legenda.Że wróżka opisuje tego, kto zjada pierniki.Tosia zaczęła chodzić tam i z powrotem, bardzo poważnie.– Opisuję tylko… fakty – powiedziała.– I czasem… lekko je poprawiam.Łupinka przytaknęła.Bo wiedziała, że czasem „poprawione fakty” są najlepsze.Wtedy zielone oczy kota błysnęły.– Pamiętaj – mruknął.– Ludzie mogą się gniewać na siebie.Ale nikt nie gniewa się na wróżkę.Tosia zatrzymała się.🧚‍♀️ – Dlaczego?Kot uśmiechnął się tym kocim, filozoficznym uśmiechem.– Bo głupio byłoby kłócić się z koszykiem.⸻Tosia stanęła na stole.Promień światła dotknął jej skrzydeł.– No dobrze – powiedziała zdecydowanie.– Pierniki zniknęły.– Trzeba upiec nowe.Zenek spojrzał z przerażeniem.– Znowu?Tosia kiwnęła głową:– Znowu.Bo jak czegoś nie ma, to znaczy, że było ważne.Kot zamrugał powoli.– To prawda.A wiesz co jest najważniejsze?Tosia spojrzała na niego.– Że dziś po raz pierwszy – powiedział kot –ludzie bali się nie ciebie.Nie siebie.Nie żony.Tylko tego,że mogą trafić do bajki.Tosia uśmiechnęła się szeroko.🧚‍♀️ – I to jest dopiero magia.⸻🌲✨ Ciąg dalszy nastąpi w ODCINKU VIII – „Pierniki, które wracają” ✨🥳 (biedronka i gąska już się szykują do wejścia 🐞🪿)

3130E951-4F29-49ED-B8D6-13F37C80ADFD.png

✨ ODCINEK VII – „Światło, które wraca”

 

Noc znów wróciła.

Ale nie była już taka sama.

 

Wysoko nad drzewami mgła połyskiwała jak futro lisa, a śnieg miał w sobie coś miękkiego, co sprawiało, że świat wydawał się większy i cichszy.

 

Stworzenie kroczyło obok nich.

Nie za nimi.

Nie przed nimi.

 

Obok.

 

Jak ktoś, kto dopiero uczy się być razem.

 

Nitka światła oplatała jeszcze dłoń Tosi, ale teraz nie ciążyła — była jak zaufanie: lekka, niewymuszona, prawdziwa.

 

– Powiem wam jeszcze jedno – szepnęło stworzenie.

– Światło nie wraca od razu.

Ono przychodzi… po kawałeczku.

Jak płatek śniegu.

 

Tosia skinęła głową.

Rozumiała to lepiej, niż mogłaby wyrazić słowami.

 

Obok niej Łupinka trzymała się blisko — nie dlatego, że się bała.

Słodycz miała już w oczach, nie w ogonku.

 

Zenek parsknął lekko:

– Dobrze, że wraca po kawałku. Gdyby wróciło całe naraz, pewnie bym znowu udawał, że mi coś wpadło do oka.

 

Zielone Oczko uśmiechnął się tym swoim kotowatym sposobem.

– Światło nigdy nie wraca, żeby oślepiać. Wraca, żeby przypominać.

 

– O czym? – zapytała Tosia.

 

Kot zawahał się tylko przez ułamek chwili.

 

– O tym, że nawet ci, którzy ukrywali się w ciemności… też kiedyś świecili.

 

Stworzenie drgnęło.

Nie od strachu — od wspomnienia.

 

– Kiedyś miałem światło – wyszeptało. – Tak jasne, że nie musiałem się niczego bać. Ale potem… coś się zmieniło. Ludzie przyszli nie po to, żeby być ze mną. Przyszli po światło. Chcieli je zabrać. A kiedy odkryli, że to się nie da… odeszli.

 

Wszyscy milczeli.

Słowa wisiały w powietrzu jak dzwoneczki, które nie dzwonią, żeby nie obudzić nocy.

 

– Światło, które się chowa – powiedziała Tosia – nie gaśnie. Ono tylko czeka. A kiedy wraca… świeci inaczej.

 

Stworzenie zatrzymało się.

 

– Inaczej?

 

– Nie dla wszystkich naraz – odparła. – Tylko dla tych, którzy nie chcą go brać. Tylko dla tych, którzy chcą być obok.

 

Zielone Oczko kiwnął głową.

Zenek wziął głęboki oddech, jakby zapamiętywał ciszę.

Łupinka przytuliła się do Tosi.

 

Wtedy stało się coś niezwykle prostego.

 

Z głębi lasu powiało ciepło.

 

Nie światło — ciepło.

Jak od ognia, którego jeszcze nie ma, ale ktoś już przyniósł drewno.

 

Stworzenie zamknęło oczy.

 

A kiedy je otworzyło…

 

✨ jego futerko było pełne iskier.

Nie świeciło mocno.

Ale było ich więcej niż wcześniej.

 

– Wróciło – wyszeptało.

– Tylko trochę, ale wróciło.

 

Tosia uśmiechnęła się tak szeroko, jak tylko potrafiła.

 

– Światło zawsze wraca – powiedziała. – Do tych, którzy przestali go gonić.

 

Stworzenie zrobiło krok.

Jeden.

Potem drugi.

 

A wtedy, z ciemności między drzewami, rozbłysło kilka par oczu.

 

Nie strasznie.

Nie groźnie.

 

To były oczy tych, którzy patrzyli w ciszy.

 

Światło odbiło się od nich jak echo.

 

Zenek westchnął:

– No i znowu mamy widownię…

 

Zielone Oczko zamruczał:

– Las zawsze patrzy. Żeby wiedzieć, czy może zaufać.

 

A Tosia powiedziała tylko:

 

– Może.

Bo światło wraca.

 

🌠

 

Z oddali słychać było popiskiwanie.

Jakby ktoś bardzo malutki próbował się zbliżyć, ale jeszcze nie miał odwagi.

 

Było w tym coś kruchego.

I coś, co dopiero miało nadejść.

 

💛

 

👉 W następnym odcinku:

„Ten, który wstydzi się świecić”

 

✨ Ciąg dalszy nastąpi… ✨

IMG_1828.jpeg

✨ ODCINEK VIII – „Ten, który wstydzi się świecić (i gąska, która wcale się nie wstydzi)”

 

Stworzenie szło z nimi coraz pewniej.

Ale coś było… inaczej.

 

Tosia poczuła to pierwsza — takie delikatne drżenie powietrza, jakby ktoś niewidzialny chciał do nich dołączyć, ale nie potrafił zrobić ostatniego kroku.

 

– Czujecie? – szepnęła.

 

Zielone Oczko kiwnął głową powoli, z godnością kota, który wie wszystko, ale nic nie mówi na głos.

 

– Ktoś jest blisko. Ale nie ma odwagi… jeszcze.

 

I wtedy…

💥 COŚ huknęło w krzakach.

 

Łupinka podskoczyła na metr wysoko.

 

Zenek odbił się od ziemi jak sprężyna.

 

Tosia zrobiła wielkie oczy.

 

A Stworzenie… po prostu się skuliło.

Tak jakby wróciło wspomnienie, którego jeszcze nie potrafiło oswoić.

 

Z krzaków dobiegł dziwny odgłos:

plask… plask… plask-plask-plask!

 

A potem:

 

– GĘĘĘĘĘ! GĘ-GĘĘĘĘ!!

 

Z ciemności wybiegło… coś dużego, białego i absolutnie bezwstydnie hałaśliwego.

 

– O nie… – jęknęło Stworzenie. – Ona ZNOWU.

 

Z gęstwiny wypadła gąska.

Rozczochrana.

Zdeterminowana.

Z dumą, która nie mieściła się w żadnym kurniku świata.

 

I w ogonie miała zaplątaną…

❗ wstążkę.

Czerwoną.

Piękną.

Świąteczną.

 

– O nie… – Tosia zbliżyła się ostrożnie. – Ty chyba uciekłaś… kucharzowi?

 

Gąska uniosła głowę jak królewna, którą obrazili:

 

– GĘĘĘĘ!!

 

Zenek przetłumaczył:

– Mówi, że nie uciekła… tylko „wyszła wcześniej”.

 

Łupinka parsknęła:

– A ta wstążka?

 

Gąska obróciła się z dumą.

Wstążka połyskiwała w świetle, a na niej były… fleki.

Czyli ślady ucieczki.

 

– GĘ-GĘ! – krzyknęła bojowo.

 

Stworzenie westchnęło.

 

– Ona wcale nie wstydzi się świecić. Ona świeci, choćby wszyscy spali…

 

Tosia roześmiała się.

 

– Każdy las ma kogoś, kto świeci ZA MOCNO.

 

Gąska zbliżyła się do Stworzenia.

Nie bała się.

Nigdy niczego się nie bała.

 

I wtedy…

 

✨ nastąpiło coś niezwykłego:

 

Kiedy gąska stanęła tuż obok niego, na futerku Stworzenia zapalił się kolejny, jaśniejszy punkcik światła.

 

Tak jakby jej odwagi wystarczyło dla dwojga.

 

– Widzisz? – szepnęła Tosia. – Światło wraca szybciej, kiedy ktoś świeci obok ciebie. Nawet jeśli robi to… trochę za głośno.

 

Gąska potrząsnęła głową z dumą, jakby chciała powiedzieć:

 

„Oczywiście. Zawsze tak działam.”

 

Stworzenie spojrzało na nią niepewnie.

 

– Ale ja… ja nie jestem jak ona. Ja świecę… cicho.

 

– I bardzo dobrze – odparł Zenek. – W tym lesie potrzebne jest jedno i drugie: światło, które szepcze… i światło, które GĘĘĘĘĘ! na cały świat.

 

Łupinka przytaknęła:

 

– Dobrze, że wróciłaś! – pokiwała ogonkiem do gąski. – Ty się niczego nie boisz!

 

I wtedy gąska się cofnęła.

Zamilkła.

Schowała głowę pod skrzydło… na sekundę.

 

Tosia zauważyła.

 

– Ty też się czegoś wstydzisz… prawda?

 

Gąska spojrzała na nią jednym okiem.

Trochę niepewnym.

 

Stworzenie szepnęło:

 

– Wszyscy się czasem wstydzimy świecić.

 

A wtedy gąska zrobiła coś niespodziewanego.

 

Podsunęła Stworzeniu swoją wstążkę.

Tak, jakby chciała powiedzieć:

 

„To dla ciebie. Ja mam już swoje światło. Tobie przyda się trochę odwagi.”

 

Iskierki na futerku rozbłysły mocniej.

 

Tosia się uśmiechnęła.

 

– No to idziemy dalej.

Teraz już razem.

I trochę głośniej niż wcześniej.

 

Gąska zrobiła triumfalne:

 

GĘĘĘĘĘ!!

 

A Stworzenie w końcu…

zaśmiało się.

 

Cichutko.

Ale prawdziwie.

 

🌠

 

👉 W następnym odcinku:

„Tajemnica wstążki, której nie wolno zgubić”

 

✨ Ciąg dalszy nastąpi… ✨

Ps. OdcinkaVIII B

Las jeszcze spał, kiedy rozległo się coś, czego nikt się nie spodziewał.

 

GA!… GA GA GA!!!

 

Łupinka aż podskoczyła, Zenek wybiegł z krzaków, a Tosia spojrzała na Zielone Oczko, który wyglądał tak, jakby słyszał ten dźwięk… kiedyś.

Dawno temu.

W czasie, o którym wolał nie mówić.

 

Zanim ktokolwiek zdążył zapytać, zza ścieżki wybiegła ona:

Balbinka.

 

Roztrzepana.

Przysypana śniegiem.

Z eyelinerem idealnym, choć pędziła jak strzała.

 

– Ratunku! – krzyknęła, biegnąc w stronę grupy. – On… on mnie gonił!

 

– Kto?! – zawołała Tosia.

 

Balbinka spojrzała dramatycznie w górę, tak jak tylko ona potrafiła.

 

– Kucharz!

Z patelnią!

Z prawdziwą!

I krzyczał „BALBINKAAAAA, TY DO ŚWIĄT JESTEŚ POTRZEBNA!”

 

Zenek parsknął śmiechem.

Zielone Oczko zmrużył oczy.

 

– A ty co zrobiłaś? – spytała spokojnie Tosia.

 

Gąska ustawiła się bokiem, jakby pozowała do zdjęcia.

 

– Najpierw… udawałam, że nie słyszę.

Potem udawałam, że idę w drugą stronę.

A potem…

 

Balbinka podniosła skrzydła triumfalnie.

 

– Uciekłam!

Jak gazela!

Jak błyskawica!

Jak… jak gęś, która bardzo nie chce skończyć w formie żaroodpornej!

 

Łupinka zachichotała, Tosia spróbowała zachować powagę, Zenek musiał odwrócić głowę, żeby nie wybuchnąć głośnym śmiechem.

 

Zielone Oczko podsumował:

 

– To nie była ucieczka.

To była… ucieczka artystyczna.

 

Balbinka wyprostowała szyję, dumna.

 

– A teraz – dodała – chciałabym oficjalnie ogłosić, że przenoszę się do waszego lasu.

Tu nikt mnie nie goni.

Tu jest cisza.

Śnieg.

I nikt nie mówi „na Świąteczny Obiad się przydasz”.

 

– U nas będziesz bezpieczna – zapewniła Tosia. – I trochę… głośniejsza od reszty, ale to nic.

 

Balbinka zamrugała, polizała skrzydełkiem eyeliner, poprawiając dramatycznie kącik oka.

 

– W takim razie… zamieszkam tu.

Ale ostrzegam.

Jestem towarzyska.

I mam… historię.

 

Zenek spojrzał na Tosię.

 

– To dopiero początek – mruknął.

 

A Balbinka dodała:

 

– Ach, i jeśli zobaczycie kucharza…

Powiedzcie mu, że wyjechałam.

Do… Paryża.

Na pokaz mody.

Albo na casting.

ODCINEK IX – „Prawie odnaleziona”

 

Las był tego dnia wyjątkowo cichy.

Zbyt cichy.

 

Śnieg skrzypiał pod łapami, gałęzie nie poruszały się ani o włos, a ptaki… ptaki jakby wstrzymały oddech.

 

Zielone Oczko pierwszy wyczuł, że coś jest nie tak.

 

– Ktoś tu idzie – mruknął, nie podnosząc głowy.

 

Zenek nastawił uszy.

Łupinka wspięła się wyżej na drzewo.

Tosia zmrużyła oczy i spojrzała w stronę ścieżki.

 

I wtedy go zobaczyli.

 

Czapka kucharska.

Fartuch.

I… patelnia.

 

– To on – szepnęła Balbinka, która w jednej chwili przestała pozować, a zaczęła panikować z godnością.

 

– Spokojnie – powiedziała Tosia. – Tu nikt nikogo nie smaży.

 

Kucharz szedł powoli, rozglądając się uważnie.

 

– Balbinkaaaa… – zawołał cicho. – Wiem, że tu jesteś…

Nie gniewam się…

Tylko porozmawiajmy…

 

Balbinka schowała się za Zenkiem, poprawiając eyeliner.

 

– On zawsze tak mówi – wyszeptała. – A potem bach! Masło! Pietruszka!

 

Zenek spojrzał na nią z powagą.

 

– U nas obowiązuje zasada: nie oddajemy gęsi.

 

Łupinka kiwnęła głową.

 

– Nawet eleganckich.

 

Kucharz zrobił kilka kroków w głąb lasu.

Był już naprawdę blisko.

 

Zatrzymał się.

 

– Dziwne… – mruknął. – Przysięgam, że tu była…

 

Balbinka wstrzymała oddech.

Śnieg osiadł jej na dziobie.

Nie drgnęła ani piórkiem.

 

Zielone Oczko przesunął się leniwie na ścieżkę i przeciągnął tak długo, jak tylko potrafił.

 

– Miau – powiedział. – To tylko las.

 

Kucharz popatrzył na kota, potem na drzewa.

 

– Hm… może mi się wydawało…

 

Odwrócił się.

Zrobił krok w stronę drogi.

 

Jeszcze jeden.

 

Jeszcze jeden.

 

Aż w końcu… zniknął między drzewami.

 

Las odetchnął.

 

Balbinka wyszła zza Zenka, poprawiła pióra i powiedziała:

 

– No dobrze.

Było blisko.

Bardzo blisko.

 

Tosia uśmiechnęła się.

 

– Ale las potrafi chronić tych, którzy chcą tu zostać.

 

Balbinka spojrzała na nich wszystkich.

 

– W takim razie… zostaję na dobre.

Ale na wszelki wypadek…

czy ktoś mógłby sprawdzić, czy patelnie nie mają tu wstępu?

 

Las znów się uśmiechnął.

A Balbinka wiedziała już jedno:

 

Tu była u siebie. 🌲🧡

IMG_1837.jpeg

ODCINEK X – „Pierwsza noc Balbinki”Wieczór zapadł szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.Światło zrobiło się miękkie, a śnieg zaczął lśnić, jakby ktoś rozsypał po nim drobne gwiazdy.Balbinka siedziała na pniu, nogi miała podkulone, a pióra wciąż lekko nastroszone.– Zawsze myślałam – powiedziała po chwili – że noc w lesie jest straszna.Łupinka prychnęła cicho.– Noc w lesie jest uczciwa.Jak jest ciemno, to jest ciemno.Nie udaje niczego innego.Zenek ułożył się obok Balbinki, tak, żeby zasłaniać ją od wiatru.– A poza tym – dodał – noc to pora rozmów, których nie mówi się za dnia.Zielone Oczko zniknął gdzieś bezszelestnie, jak tylko on potrafił, a po chwili wrócił, niosąc w pysku coś, co wyglądało jak… kocyk.Trochę mech, trochę liście, trochę coś, czego nikt nie potrafił nazwać.Położył to przy Balbince.– Na pierwszą noc – mruknął. – Potem sama wybierzesz, co jest twoje.Balbinka spojrzała na kocyk.Potem na nich wszystkich.– Nikt nigdy… – zaczęła, po czym przerwała. – Nieważne.Tosia usiadła obok niej.– W lesie nie trzeba kończyć wszystkich zdań.Zapadła cisza.Taka dobra.Gdzieś daleko zatrzeszczała gałąź.Sowa przeciągnęła się na drzewie.Śnieg spadł z gałęzi prosto na nos Zenka.– Uwaga! – parsknął. – Zima atakuje z góry.Balbinka zaśmiała się.Prawdziwie. Bez nerwów. Bez poprawiania eyelinera.– Wiecie co? – powiedziała cicho. – Chyba pierwszy raz nie boję się jutra.Las przyjął te słowa bez komentarza.Jak zawsze, gdy ktoś mówił coś naprawdę ważnego.A kiedy Balbinka zasnęła, skulona pod mchem i liśćmi, Zielone Oczko usiadł na straży, Zenek czuwał, a Łupinka liczyła gwiazdy, choć nigdy nie dochodziła do końca.Bo tej nocy w lesie pojawiło się coś nowego.Ktoś, kto został. 🌲✨🧚‍♀️📖💚

ODCINEK XI – „Gdy las ubiera się na święta”

 

 

Nikt nie wiedział dokładnie, kiedy to się zaczęło.

 

Nie było sygnału.

Nie było narady.

Po prostu któregoś ranka las obudził się… odrobinę jaśniejszy.

 

Balbinka zauważyła to pierwsza.

 

– Czy… czy ta gałąź zawsze tak błyszczała? – zapytała, wskazując na świerk, na którym wisiała maleńka kropla lodu, migocząca jak złoto.

 

Łupinka zmrużyła oczy.

 

– Nie.

Ale las wie, kiedy wypada.

 

Zenek poruszył kopytkiem i śnieg opadł z drzewa, odsłaniając coś, co wyglądało jak mała, szyszka-ozdoba.

Nie wisiała na sznurku.

Po prostu… była tam.

 

– Ooo – mruknął. – Zaczęło się.

 

Tosia podniosła ręce.

 

– Dobrze.

Zasada numer jeden: niczego nie poprawiamy.

Jak las ubiera się sam, to znaczy, że wie, co robi.

 

Zielone Oczko pojawił się na pniu z czymś połyskującym w wąsach.

 

– Znalazłem światło – oznajmił. – Bardzo małe. Ale wystarczy.

 

I wtedy stało się coś zupełnie cichego.

 

Jedna gałąź rozjaśniła się miękko.

Potem druga.

Potem trzecia.

 

Nie lampki.

Nie świeczki.

 

Po prostu leśne światło, które wiedziało, gdzie usiąść.

 

Balbinka stała pośrodku polany, z dziobem lekko otwartym.

 

– U mnie… święta pachniały masłem – powiedziała niepewnie. – I strachem.

 

Tosia położyła jej dłoń na skrzydle.

 

– Tutaj pachną spokojem.

 

Łupinka zaczęła układać szyszki w kręgu.

Zenek przyniósł gałązki jodły.

Zielone Oczko… po prostu patrzył. A to zwykle znaczyło, że pilnuje wszystkiego naraz.

 

Kiedy zapadł zmrok, polana wyglądała inaczej niż zwykle.

Nie bardziej strojnie.

Bardziej domowo.

 

Balbinka poprawiła eyeliner. Odruchowo.

Po czym… uśmiechnęła się do siebie.

 

– Czy to są… moje pierwsze prawdziwe święta?

 

Las nie odpowiedział.

Ale śnieg spadł miękko, dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

 

I każdy wiedział, że odpowiedź brzmi: tak. 🌲🧡

ODCINEK XII – „Kolędy Balbinki”

 

 

Zaczęło się niewinnie.

 

Od nucenia.

 

Balbinka siedziała na gałęzi, machała nogą i próbowała przypomnieć sobie melodię, którą kiedyś słyszała „tam, gdzie były okna i zapach masła”.

 

– Laa… laaa… laaa? – spróbowała.

 

Gałąź pod nią zadrżała.

 

– To nie była ta nuta – zauważyła Łupinka, zawieszona głową w dół. – Ale bardzo odważna.

 

Balbinka poprawiła czapeczkę, której nikt jej nie dał, ale jakoś się pojawiła.

 

– To kolęda.

Tylko… w mojej wersji.

 

Zenek uniósł uszy.

 

– Kolędy są spokojne – powiedział ostrożnie. – One się nie spieszą.

 

Balbinka odchrząknęła.

 

– Ta też się nie spieszy.

Ona się… rozgląda.

 

I wtedy zaśpiewała.

 

Fałszywie.

Bezapelacyjnie.

Z pełnym zaangażowaniem.

 

Dźwięk poleciał w górę, zahaczył o gałęzie, odbił się od pnia i wrócił… trochę zmęczony.

 

Sowa zerwała się z drzewa.

 

– Kto mnie wołał?! – zawołała oburzona.

 

Zielone Oczko podniósł głowę.

 

– Nikt.

To Balbinka śpiewa.

 

– Aha – powiedziała sowa po chwili. –

To ja już wracam.

 

Balbinka śpiewała dalej.

 

Zmieniała melodię, gubiła słowa, wymyślała nowe.

 

– „Ciii… cho… choinka maaa…” – ciągnęła z przejęciem.

 

Łupinka zakryła uszy.

 

– To już nie jest kolęda.

To jest interpretacja.

 

Tosia parsknęła śmiechem.

 

– Najlepsza.

Bo prawdziwa.

 

Balbinka przerwała i spojrzała niepewnie.

 

– Za głośno?

Za wysoko?

Za bardzo?

 

Las odpowiedział inaczej.

 

Światło na gałęziach zamigotało.

Śnieg spadł miękko, w rytmie, którego nikt nie uczył.

A gdzieś bardzo daleko echo spróbowało zaśpiewać razem z nią… i też się pomyliło.

 

Zielone Oczko uśmiechnął się pod nosem.

 

– W lesie – powiedział – nie trzeba trafiać w nuty.

Wystarczy trafić w moment.

 

Balbinka uśmiechnęła się szeroko.

 

– To mogę jeszcze raz?

 

Las westchnął.

Ale takim westchnieniem , które oznacza: no dobrze. 🌲😄🎄

IMG_1825.jpeg
✨ Odcinek I — 2026
Felek i Balbinka, która uciekła kucharzowi

 
Po sylwestrowej nocy las długo jeszcze szeptał.
Śnieg skrzypiał cicho, a sosny trzymały w gałęziach resztki ciszy, która zawsze przychodzi po wielkim hałasie.
 
Właśnie wtedy pojawił się Felek.
Maleńki york.
Dżentelmen z natury, choć bez szalika.
 
Uciekł przed sylwestrowymi wystrzałami tak daleko, że ślady zgubiły się pod świeżym śniegiem. Felek usiadł na moment, otrzepał łapki i westchnął:
— Spokojnie, Felku. Dżentelmeni się nie gubią. Dżentelmeni odkrywają nowe drogi.
 
I wtedy usłyszał szelest piórek.
 
Zza krzewów wyszła Balbinka.
Gąska–elegantka.
Z piórkami ułożonymi tak, jakby właśnie wyszła z bardzo ważnego przyjęcia.
 
Uciekła kucharzowi.
Nie z braku szacunku — tylko z miłości do wolności.
 
Na głowie miała śnieg niczym biały kapelusik, a w oczach coś, czego nie da się nauczyć w żadnym kurniku: odwagę.
 
— Pan też ucieka? — zapytała z godnością.
— Tylko chwilowo — odpowiedział Felek, lekko się kłaniając.
 
To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Takiej nawet mróz nie potrafi zatrzymać.
 
Las wstrzymał oddech.
Bo wiedział, że właśnie zaczęła się historia, w której ktoś uciekł…
żeby wreszcie zostać ❤️

✨ Odcinek II — 
Balbinka opowiada (i robi to po swojemu)

 
 
Balbinka poprawiła piórka.
Zawsze tak robiła, gdy miała opowiadać coś ważnego. Albo zabawnego. A to było jedno i drugie.
 
— Wie pan… — zaczęła, zerkając na Felka spod śnieżnego kapelusika — to nie była ucieczka. To było… nieporozumienie logistyczne.
 
Felek nadstawił uszu. Dżentelmeni zawsze słuchają uważnie.
 
— Kucharz tylko na chwilkę się odwrócił — ciągnęła Balbinka. — A ja akurat sprawdzałam, czy drzwi są zamknięte. Nie były. To już nie moja wina.
 
Zrobiła pauzę. Taką, w której nawet las przestał skrzypieć.
 
— Potem była ścieżka. I śnieg. I cisza. I nagle… wolność.
— Rozumiem — powiedział Felek poważnie. — Ja też wyszedłem tylko na moment.
 
Balbinka uśmiechnęła się całą gęsią duszą.
 
— Najtrudniejsze było udawać, że nie wiem, dokąd idę — dodała. — Ale ja zawsze wiem. Nawet jak nie wiem.
 
Felek skinął głową.
To było zdanie bardzo mądre. I bardzo gąsie.
 
— A kucharz? — zapytał ostrożnie.
— On mnie lubi — machnęła skrzydłem Balbinka. — Poza tym… eleganckie gąski zawsze wracają. Same. Kiedy chcą.
 
Śnieg zsunął się jej z piórek.
Las zachichotał cicho pod sosnami.
 
A Felek pomyślał, że jeszcze nigdy w życiu nie spotkał kogoś, kto tak pięknie potrafił uciekać z klasą ❤️
IMG_2552.jpeg
01D8E8DC-D10D-49D6-9C45-ACC9EBC1A4E3.png

W lesie Vanturu od rana panowało niezwykłe poruszenie.

Sosny szeptały między sobą, strząsając igły jakby poprawiały fryzury, a wiatr ćwiczył cichutko walca między gałęziami.

Dziś miał być Bal. Prawdziwy. Leśny.

 

Balbinka wstała wcześniej niż zwykle.

Rozłożyła skrzydła, obejrzała piórka w tafli jeziora i westchnęła:

– „Feluś… dziś musi mnie zobaczyć inaczej niż zwykle” 🪶💫

 

Z szafy (tej za starą lipą) wyciągnęła wstążkę w kolorze mchu i maleńki dzwoneczek, który kiedyś zgubił elf od sanek.

– „Skromnie, ale z klasą” – mruknęła, poprawiając kok z piór.

 

Tymczasem Feluś… ach, Feluś!

Mały dżentelmen chodził w kółko po polance, ćwicząc ukłony.

Raz za niski.

Raz za głęboki.

Raz… przewrócił się na plecy i udawał, że tak miało być 😅

 

– „Balbinka lubi elegancję” – powtarzał sobie, zapinając muszkę z kory brzozy.

 

Kiedy słońce zaczęło chować się za lasem, zapaliły się świetliki.

Stoły z szyszek były gotowe, a księżyc zawisł dokładnie tam, gdzie trzeba.

 

Balbinka wyszła pierwsza.

Feluś spojrzał… i zapomniał jak się oddycha.

 

– „Czy… czy zechcesz pierwszy taniec?” – zapytał, drżącym głosem.

– „Myślałam, że nie zapytasz” – odpowiedziała Balbinka i uśmiechnęła się tak, że nawet gwiazdy na chwilę zamilkły ✨

 

A Wróżka, schowana za sosną, tylko skinęła głową:

– „No. Teraz to już naprawdę zostało” 🌲💚

Ośrodek Vantur

Księże Młyny 14a

99-235 Pęczniew

tel: 600-899-685/692-205-755

klubvantur@gmail.com

Regulamin

Polityka rezerwcji

Cennik

Jak do nas trafić

© 2025 Ośrodek Vantur wszystkie prawa zastrzeżone
bottom of page